Dwa auschwitze - próba powieści
Rozdział piąty – odcinek 12 - Powrót syna marnotrawnego
Tymczasem syn Józefa, Leszek, młodzieniec o pochmurnym spojrzeniu, w brudnej koszuli i podartych „teksasach” marki „Odra” (jak ówcześnie nazywali jeansy), ciągnął swój mały, czterokołowy wózek, będący kopią dużego furmańskiego zaprzęgu. Wehikuł ten, miał małe drewniane kółka ze szprychami, deski po bokach i dyszel, wszystko jak prawdziwy wóz, tylko mniejsze. Do dyszla były przywiązane jakieś sznurki mające udawać końskie hołoble i szleje. Młody mężczyzna zaprzągł się tej niby hołobli i ciągnął wózek środkiem ulicy Karmelickiej, parskając od czasu do czasu jak koń, nie zwracając uwagi na klnących, hamujących z piskiem opon, taksówkarzy, ani niecierpliwych dzwonków stojących w korku tramwajów. Poprawiał tylko od czasu do czasu, przewieszony przez ramię, poniemiecki chlebak i szedł dalej. A że, okute żelazną obręczą kółka podskakiwały turkocząc po bruku, trzęsąc niemiłosiernie całą konstrukcją wózka, więc od czasu do czasu odwracał się, by sprawdzić, czy któremuś z przedmiotów przykrytych spłowiałą płachtą, nie grozi upadek z wózka na jezdnię.
Zdawał się patrzeć obojętnie na mieszczańskie życie przelewające się na chodnikach, na twarze spoglądające z pogardą na zarośniętego hipisa, z okien tramwajów.
Na krzyżowaniu Karmelickiej z Garbarską, przed kościołem karmelitów „Na Piasku’, prawie w ostatniej chwili, tuż koło jego nóg zahamował z piskiem opon biały „polonez” i byłby go uderzył maską samochodu, gdyby kierowca wykazał się mniejszym refleksem. Leszek nie drgnął nawet, patrząc zimno jak nikiel zderzaka zbliżał się do jego kolan. Stał i czekał.
Z wozu wyskoczył wielki blondyn, ostrzyżony na zapałkę, w ciuchach w jakich chodzili cinkciarze spod Pewexu, z grubym złotym łańcuchem na karku... i wprawnym ruchem osiłka, chwycił go za długie skudłane, hipisowskie kłaki, powalając na kolana. Z tej przyziemnej pozycji Leszek słyszał natarczywe trąbienie klaksonów, pełne uznania.
- Ty sakramencki gnoju, gdzie się pchasz, ze swoim barachłem, miedzy kulturalnych ludzi? Małgosiu! – zawołał do swojej towarzyszkę siedzącą w kokpicie samochodu – Zawołaj tu pana władzę. Trzeba tego chama nauczyć rozumu!
Zachowywał się władczo, ale nie zdążył nic więcej zrobić, bo ostry świst milicyjnego gwizdka przeszył powietrze i milicjant pojawił się tak nagle, jakby wyrósł nagle jak spod ziemi.
Krewki blondyn puścił ofiarę i odskoczył na bok odprawiony władczym gestem milicjanta, żeby nie przeszkadzał w „czynnościach służbowych”. „Widziałem wszystko” zdawał się mówić uniesioną dłonią w białej rękawiczce. Był w białej czapce i niebieskiej koszuli, z krótkim rękawem odprasowanym na kantkę.
Porucznik-instruktor (akurat wracał z objazdu, do komisariatu przy Batorego), kroczył wolno kołysząc biodrami, jak baletnica, niedbale dotykając kabury na udzie - podszedł do Leszka. Przez moment przyglądał mu się badawczo, trzymając dłoń na szmacie okrywającej rzeczy na wózku.
Już chciał go, rutynowo, zapytać o dokumenty, nie zdążył jednak, bo palce mu zdrętwiały namacawszy coś niepokojącego, tak że drgnął cały i zapytał z utajonym szacunkiem: - Co wieziecie?
Pytanie było na pozór ostre i oschłe, ale w jego głębi, pełnej niepokoju i przestrachu, czaiła się gotowość do lizusostwa i uległości.
Leszek wyprężył się na baczność, unosząc zmęczoną od niewyspania twarz i zameldował służbiście: Literaturę, wasza wielebność, okupacyjne kodeksy karne, wezwania, nakazy rewizji podpisane in blanco...- recytował zachowując przepisową postawę.
Porucznik myślał intensywnie przez chwilę, co z nim zrobić, rozejrzał się tchórzliwie dokoła, czy nie ma w pobliżu jakichś kolegów, z którymi mógłby się naradzić, żeby nie strzelić gafy, gdyby to miało się okazać polityczną prowokacją „tych cwanych KORowców”, przed którymi ciągle ostrzegali ich na odprawach.
Gdyby brudas się okazał jednym z tych kudłatych Pyjasów udających hipisa, radio „Wolna Europa”, znów by miała o czym szczekać przez dwa tygodnie, że w środku Krakowa aresztowano wybitnego członka opozycji.
- Na dysydenta z Warszawy to on nie wygląda – pomyślał kombinując pospiesznie – Tylko co do cholery robią pod szmatą te granaty ręczne? Przecież go nie będę pytał wprost, czy jest wtyczką bezpieki? E, wygląda na pomylonego... trafiłem chyba na prawdziwego dziada grzebiącego w śmietnikach. Pewnie wiezie żelastwo do składnicy złomu.
Tak myślał, jednakże nie opuszczało go nieodparte wrażenie, że ma do czynienia z jakąś ważną figurą, z którą trzeba postępować z szacunkiem i ostrożnie, bo za pół roku można być jej podwładnym.
- Co tak patrzycie na pałkę? Podoba się wam? – zapytał hipisa.
- Nie wasza wielebność, to znaczy, tak panie, znaczy chciałem powiedzieć, że nie patrzę na panią pałkę.
Milicjant kołysząc się jak na defiladzie, ironicznie patrzy na jego wychudzoną twarz, pyta po chwili: - Boicie się?
- Tak jest wielmożny panie. Boję się!
Porucznik odchylił dyskretnie szmatę z wózka, spojrzał do wnętrza i zobaczył wystającą z worka lufę karabinu maszynowego, wzór 1944: - A gdzie są kółka? – spytał z naganą.
- Wasza wielmożność raczy spojrzeć. Przodek wózka na nich jedzie. Miałem awarię po drodze i musiałem podmienić.
- No, tylko uważajcie, żeby ich nie zniszczyć – upominał funkcjonariusz – Celownik macie źle ustawiony, za krótko bije – poprawił żeby było dobrze i naciągnął worek wycierając palce ze smaru o spodnie. Pogrzebał w leżących klamotach, musnął pieszczotliwie miny przeciwpiechotne, pogłaskał granaty, spoglądając na Leszka z mieszaniną szacunku i przestrachu, a potem okrył wszystko płachtą starannie.
- Dokąd z tym jedziecie?
Tu Leszek podał adres wymieniając nazwisko swego ojca, znanego komunistycznego działacza.
- Okażcie swój dowód osobisty.
Leszek okazał, sterany i wymięty. Porucznik spojrzał: Polak – jakieś żydowsko-niemieckie nazwisko - pomyślał.
Oddał mu dowód, salutując służbowo i odstępując na przepisową odległość.
- Możecie jechać. Tylko ostrożnie. Pamiętajcie co wieziecie – upomniał go na koniec, kierując się do swego służbowego auta z kogutem. Leszek zaparł się nogami w jakichś roboczych buciorach, milicjant pomógł mu ruszyć z miejsca, popychając wózek z tyłu. Stalowe kółka zaturkotały po wyślizganym bruku.
- Gdybyście kiedyś mieli kajdanki, samozaciskowe „amerykanki”, nie zapomnijcie o mnie – milicjant zawołał nieśmiało i prosząco za odjeżdżającym. Kiedy wózek był dostatecznie daleko, pozwolił ruszyć milczącym dotąd samochodom i coś zapisał w notesie.
- Nie moja zasrana sprawa – myślał.
Doświadczenie życiowe nauczyło go nie wtrącać się w sprawy, których nie rozumiał.
Za skrzyżowaniem Karmelickiej z Alejami Słowackiego, Leszek postanowił skręcić w pierwszą lepszą uliczkę, by w podwórkach przy Sienkiewicza, Pomorskiej, Urzędnicze rozpocząć „licytację”, a ponieważ się wstydził i nie wiedział jak zacząć, postanowił bić młotkiem w blachę udając, że jest szlifierzem narzędzi, domokrążcą. Ten pomysł wydał mu się najlepszy, toteż zaczął dzwonić żelazem jadąc przez zacienione podwórza. Była to obiadowa pora, a przecież nikt nie wyjrzał z okien.
Kiedy po długim dzwonieniu nikt nie pojawił się na wymarłych, klatkach schodowych... zrozumiał, że chcą złamać jego wstyd, jego miłość własną, okazać mu pogardę, zmusić żeby się przyznał, że nie jest szlifierzem, statecznym kupcem, lecz plugawym bluźniercą, że jedynie do czego doszedł w życiu, to handel martyrologią, że nie nadaje się do niczego, że może tylko żebrać albo iść do Kobierzyna. Na zawsze, jako wariat-rezydent. To niestety czeka każdego młodego człowieka, członka naszego społeczeństwa, który pozbawiony wykształcenia, kamienicy, sklepu, synekury... nie chce się pogodzić z losem robola, szatniarza, hydraulika, zamiatacza śmieci. Wcześniej czy później, odbija mu szajba i porywa się na uświęcone tradycją mieszczańskie etosy. Jedyne co mu pozostaje własnego to obłęd, w który ucieka, bo prawdziwy bunt nie jest możliwy w jego sytuacji.
Nie może już być nic bardziej ohydnego niż sprzedaż własnego obłędu, handel własnym zwyrodnieniem, a Leszek próbował to robić. Żeby chociaż miał talent artystyczny i usiłował swoją perwersję sprzedać jako dzieło sztuki, jak to robią rasowi artyści, ale nie... on jest głupcem, który bredzi, że mu chodzi o „prawdę”. Nie rozumie, że nikt nie chce jego wariackiej prawdy. Nie jest nikomu potrzebna, do cholery z prawdą! Niech więc nie szuka usprawiedliwienia dla swej indolencji, niemożności łajdactwa, które trzeba uskutecznić żeby się dorobić konta w banku, mieszkania, willi, kamienicy. Niech nie szuka usprawiedliwień, niech nie puszcza perskiego oka do publiczności robiąc swój obrażający Polaków szmatławy happening, tylko niech wykrzyczy całą prawdę o sobie, żeby się mogli z niego pośmiać, szydzić, żeby się mogli gorszyć, domagać kary dla zboczeńca.
Kamienice przyczajone, czekały na jego przekleństwo, równoznaczne z przyznaniem się do winy.
Skurczył się w sobie! Bał się zakrzyczeć, zawołać na po imieniu: Wy skurwysyny!
Ślepe okna czekały aż się przyzna, że jest nędzarzem żyjącym z dnia na dzień, dzięki codziennym wyrzutom nieczystego sumienia, dzięki ciągle żywej historii obozów koncentracyjnych, które się śnią po nocach. Że w końcu wybrał, tak wyczekiwaną przez wszystkich, postawę ofiary i został ekspedientem w sklepie zbiorowej podświadomości.
- Ostrzę noże! Ostrzę nożyczki!
Przeraził się własnego głosu:- Reperuję dziurawe garnki! – kłamał - Ostrzę noże kuchenne! Brzytwy! Maszynki do mięsa! Uwierzcie mi!
Obejrzał się w panice, lecz wokół niego nic się nie zmieniło.
Półmrok i cisza. Nawet nie przeleci mucha! Nic się nie stało. Odetchnął z ulgą. Po chwili, gdy mu ręce przestały drgać z emocji, wytarł spocona twarz w szmatę okrywająca rzeczy na wózku. Usiadł, osłabiony, na dyszlu wystawiając rozpaloną głowę na powiew zimnego, piwnicznego powietrza wiejącego ze zsypów na węgiel. Tłumaczył sobie, że jeśli natychmiast nie zacznie na nich krzyczeć, to nigdy nie przełamie tej przeklętej nieśmiałości i nawet nie zdoła zostać ofiarą.
- W ten sposób nie dojdę do niczego. „Z nimi trzeba ostro, po hitlerowsku” – przypomniał sobie słowa swego mentora i pryncypała z Oświęcimskiego antykwariatu, ze składu staroci do którego okoliczni wieśniacy znosili różne rzeczy związane z obozem, znalezione albo ukradzione, za parę groszy.
Każde początki są trudne. Musi się drzeć jak opętany, nie zwracając uwagi na śmiechy. Taki fach! Handel ma w sobie coś z aktorstwa i zarazem choroby umysłowej. Oczywiście zdrowy, uczciwy handel. Już nawet wymyślił sobie co powinien wołać do rymu zachęcając do kupna starych obozowych, oświęcimskich pasiaków: „Każdemu modne ciuchy, za odrobinę kapuchy!”
Kiedy nieco ochłonął, rozejrzał się po głuchych klatkach schodowych i odrapanych z tynku elewacjach. Może aluzja: „Ostrzę nożyczki”, jest dla nich za trudna – zastanawiał się posępnie. Może by zrozumieli, gdybym klął po niemiecku?
Nie, rozmyślania nie zdadzą się na nic. Trzeba wołać.
- Ostrzę noże! Ostrzę siekiery! – krzyczał bijąc młotkiem po blasze pustej beczułki po Cyklonie B.
Przestał na chwilę, żeby zobaczyć jakie to na nich wywarło wrażenie i w ciszej południowej godziny, usłyszał gdzieś wysoko na piętrze trzask zamykanego okna i płacz bitego dziecka.
- A więc to tak? Są i śledzą mnie zza firanek!
Wyjął spod płachty wielki rzeźnicki nóż i szpikulec do przebijania serca świni, używany w obozowej katowni, i jak prestidigitator na arenie przed rozpoczęciem „numeru”, uniósł wysoko do góry nad głowę, żeby widzieli, oba rekwizyty, w stronę schowanej w pelargoniach „publiczności” i zaczął pocierać nóż o szpikulec, ostrząc go jak masarz.
- Długo tak będzie się ukrywać przed swoim prorokiem? – krzyczał – Jestem waszym prokuratorem! Przyszedłem was sądzić! Bo wasi dotychczasowi sędziowie, łapówkarze, razem z wami utytłali się w gnoju! Schlebiają wam, jak mogą, żebyście nie wytykali im zbrodni. Nie-długo zniosą karę śmierci, żeby ucztować ze złodziejami, żeby się bratać z mordercami. Szydzicie z waszych spowiedników za ich plecami, kupując sobie rozgrzeszenie byle datkiem rzucanym na niedzielną tacę! Nie bójcie się obszarpańca! Wrócił syn marnotrawny! Przyszedł ten na którego czekaliście! Przyszedł wasz Pomazaniec! Na imię mi Wyrzut! Przyszedł winowajca, by wziąć na barki wasze winy, przyczyna waszych zgryzot i wstydów! Wasz syn spłodzony z gestapowca i konfidentki! Żydowski bękart!
- Wyłaźcie ze swoich śmierdzących nor, a będziemy się rozliczać! Będziemy się wadzić! Chcę z wami handlować! Komory gazowe sprzedaję – krzyczał z rozpaczą – Krematoria po zniżonej cenie! Trupy sprzedaję! Domowe obozy koncentracyjne!Schweine Polnisch!
Polnische Bandit!
Dopiero wtedy, z klatek schodowych i bram zaczęli wysypywać się ludzie, szarzy i nijacy.
- Nareszcie ktoś do nas przemówił po ludzku! Od razu tak trzeba było gadać – mówili – Teraz widzimy, że nikt nas nie oszukuje, że nas się szanuje. Teraz nam mówisz prawdę, teraz to co innego!
- Tak jest, nie wierzcie kiedy dobrodzieje wam obiecują szczęśliwą przyszłość bez cierpienia, nie wierzcie gdy was będą mamić mirażem dobrobytu, lepszym ustrojem! Oni szykują dla was nowe obozy koncentracyjne, elektroniczne druty kolczaste... Technika tak poszła do przodu, że będziecie się pilnować sami, a oni mogą was zabijać falami radiowymi. Maja dla was wyzysk i niewolniczą pracę przy pulpitach komputerów. Wasze dzieci czekają łapanki na ekskluzywne uczelnie i nowe wywózki na roboty do Doliny Krzemowej. Już są zaliczone do ludzi drugiej kategorii, a pasiaki zostały im zamienione na białe kołnierzyki. Ale cóż to zmienia w ich sytuacji egzystencjalnej? Nadal pozostaną wyalienowani, mówiące narzędzia, bez najmniejszej woli, tak że będą przeklinać chwilę swego urodzenia! Trupom będziecie zazdrościć spokoju!
- My o tym wiemy – mówili mu, przerywając kasandryczne wizje – Musimy ponieść karę za naiwność, za bezmyślne życie, za cenę spokoju od ataków politycznych przestępców i kanalii. Ale cóż robić, kiedy bozia nie dała rozumu. Natura rodzi więcej idiotów niż inteligentnych, tak że szkoły i uniwersytety nie dadzą rady uzupełnić niedoboru rozumu. Zresztą one same są głupkowate! To nie na nasze głowy, my nie mamy wystarczająco rozumu do naprawy świata, nie nadajemy się do rządzenia...- skarżyli mu się, jak bezradne dzieci.
- Nas nie stać na taka odwagę, od której za dziesięć minut można stracić życie. Taka podłota jak my, ceni sobie wegetację nawet w największej niewoli. Nam nie straszne życie wśród trupów, my jesteśmy przy przyzwyczajeni. Masz jakieś nowe łapanki, jakieś patriotyczne szubienice? – dopytywali się mężczyźni – Chętnie kupimy. Albo świeżych SS-manów na święta, marynowanych w occie z grzybkami. Przecież tym nas karmiono przez trzydzieści lat komunizmu. Ja wezmę każdą ilość wędzonych Hitlerów – mówił stary fryzjer, z trzęsącymi się od wódki rękami – My tylko tym na co dzień się żywimy. Kiszoną kapustą z zasmażką z faszystowskich zbrodni. Znamy na wylot wszystkie nasze narodowe przegrane po-wstania, przyrządzając je, zamiast golonki, z chrzanem. Ja mieszkam nadal wśród gratów kupionych po Żydach w czasie okupacji, Auswajse strzegę jak oka w głowie, bo jeszcze mogą się przydać...
- Nie martw się stary, coś dla ciebie znajdę – mówił Leszek – Zresztą cóż innego mogę ci sprzedać, co by nie było trefne?
- Nie smuć się synu, dzisiaj każdy hurtownik, czy kupiec to złodziej i paser. Daj to co masz, nie wstydź się barachła. Zresztą cóż innego możemy, przy tej galopującej inflacji, kupić? Stać na kiszkę i SS-manów kapitana Klossa. Jak cię zobaczyłem od razu zrozumiałem, że z tobą coś nie tak, że nie jesteś zwyczajny ajent, żeś ty po prostu Chrystus. A już myślałem, że nigdy nie zrozumiem sensu swego życia. Teraz zrozumiałem! Przejmując dwa konkurencyjne zakłady żydowskich fryzjerów, ostrzygłem i ogoliłem piętnaście tysięcy hitlerowców, co daje średnio dziesięciu dziennie. Miałem zakłady w dobrym punkcie i francuskie wody kolońskie kupowane od znajomych gestapowców z Auschwitzu! Jestem winien!
- Wyprałam podczas okupacji, eliminując z interesu żydowskie praczki, czterdzieści tysięcy niemieckich gaci – mówi stara kobiecina – co daje średnio sześć i siedem dziesiątych koszuli dziennie. Byłam młoda i zdrowa. Chciałam za wszelką cenę żyć, bo miałam czworo dzieci. Jestem winna!
- Byłem znanym na w Krakowie wędliniarzem – płakał jakiś starzec – Kiedy moich żydowskich konkurentów wywieźli do Oświęcimia, sprzedałem Niemcom cirka pięćset ton kiełbas, do ich stołówek, co wypada średnio po 277 kilo dziennie. Boje się umierać, żeby nie spotkać na drugim świecie tych zamordowanych zwierząt. Chciałem żyć! Miałem dużą rodzinę na utrzymaniu, teściów, szwagrów... miałem brata w Oświęcimiu za nielegalny ubój i szmugiel mięsa do Rzeszy. Opłacony Niemiec, kanalia, zdradził w interesach. Jestem winien!
- Ja byłem kowalem – wołał inny do Leszka, ponad głowami tłumu –Kułem dzień i noc, bo żydowskich kowali wywieźli. Podkułem pięć tysięcy niemieckich koni, co daje średnio... no, bardzo chciałem żyć. Za tę robotę dobrze mi płacili, marki wymieniałem u akowców na dolary i kupowałem u SS-manów żydowskie złoto. Po wojnie kupiłem synowi-chirurgowi, prywatną klinikę w Zakopanem. Jestem winien!
- Ja byłem szklarzem – drze się ktoś ze środka ciżby – Miałem huk roboty, bo żydowskich szklarzy wywieźli do getta. Zaszkliłem Niemcom trzydzieści tysięcy szyb, co daje dziennie szesnaście i sześć dziesiątych...miałem matkę staruszkę...bardzo chciała żyć..
Jestem winien!
- Ja miałam małe dzieci...myłam Niemcom w kasynie podłogi...
- Ja zastrzeliłem Niemca i zabrałem mu pieniądze. W odwecie zastrzelili dziesięciu zakładników wziętych z ulicy. Nie czuję się winny, bo bardzo chciałem żyć!
- Ja rzuciłem fałszywe oskarżenie na sąsiada i zabrałem po nim mieszkanie.
- Ja wziąłem po Żydach meble i porcelanę, były niczyje... Ja zabrałem złotą menorę... Ja srebra stołowe... Ja ze strachu powiedziałem gdzie jest tajna drukarnia... gdzie się ukrywa żydowska rodzina... aleśmy już dawno o tym zapomnieli... zajęci byliśmy innymi sprawami... po wojnie bardzo chcieliśmy żyć.
- Ja naprawiałem bezpiece samochody... ja prałam koszule, ja wędziłem szynki, ja szkliłem... co daje średnio pięć i pół funta dziennie, ja myłam podłogi z krwi po przesłuchaniu, miałem na utrzymaniu dzieci, które teraz... Wicek jest profesorem... Wacek siedzi w więzieniu za rozbój! No, powiedziałem tym z UB, gdzie szwagier ukrywa się przed bezpieką, no, ukradłem to worki z mąką, a szwagier... bardzo chcieliśmy żyć... myłam członki w kasynie... musiałam donosić, powiedzieli że darują mi karę, bo byłam kochanką konfidenta...
- Bardzo chcieliśmy żyć! – podniosły się głosy ze wszystkich stron – Ale lubimy jak się nas nazywa polskimi świniami. Często sami siebie tak nazywamy, to pomaga żyć, lżej się robi na duszy!
Otoczywszy go kołem, prosili – No, powiedz nam jeszcze po niemiecku! Powiedz nam jeszcze: „Polnische schweine”!
Lecz on już nie miał siły. Usiał na dyszlu dysząc ciężko ze wzruszenia. „To nie na moje nerwy” – powtarzał co chwilę.
- To nie na moje... – i jeszcze dodawał:- Ja wam odpuszczam! I ty im odpuść, bo nie wiedzą co czynią. Niech nie będą dołączeni do prawdziwych zbrodniarzy i złoczyńców. Przecież widzisz, że to nędzarze, nie dorobili się niczego na zbrodni. Daleko im do dyplomatów i oficerów! Weź sobie do piekła posiadaczy kont bankowych i fortun, a tych mi zostaw, chciałbym z nimi zrobić „mały Auschwitz”, w którym by mieli szansę naprawy.
Tak się modlił jak kohanim, z rękami wzniesionymi ku niebu.
Ale już kobiety ciągną go za rękawy, nie dają spokoju, prosząc by pokazał im „towar”. Przyszły z naręczami starych szmat i marynarek, tak że musiał cierpliwie tłumaczyć, że nie jest szmaciarzem, ani druciarzem wymieniającym stare szmaty na obtłuczone garnki kuchenne. Lecz zdawały się tego nie rozumieć.
- Jakże to? – mówiły grzebiąc w starych pasiakach, w pustych puszkach po Cyklonie B, mających dużą wartość muzealną - nie wiedziały tego – w wytartych pędzlach do golenia, przebierały jak w ulęgałkach, w legitymacjach ubezpieczeniowych ludzi wielu narodowości, w starych fotografiach, okularach, sztucznych szczękach, protezach różnych części ciała... przecież to są nowiutkie garnki do gotowania – mówiły.
Starsza pani ciągnąc z lufę karabinu maszynowego, pytała: Ile pan chce za ten rondel na pieczeń?
To był dla niego dobry dzień. Sprzedał komplet grafik obozowych, nieznanego artysty, jakieś zeszyty z hebrajskimi bazgrołami, pod rysunkami przedstawiającymi szubienice pełne powieszonych. Stare paski do spodni, połamane okulary, pędzle do golenia za bazcen...szły jak woda. Dziesięć par różnych dziecięcych trzewiczków po obniżonej cenie. Niech się szkraby cieszą!
Mężczyźni dopytywali się o sznur z szubienicy, na szczęście.
- Nie mam! Zrozumcie! Wszystkie bardziej wartościowe rzeczy, jużeście dawno rozkradli – tłumaczył im cierpliwie, jak dzieciom.
Kiedy się wreszcie im wyrwał, wjechał przez Plac Axentowicza i zielone chaszcze po zasypanej „Młynówce”, za chłopskie stodoły koło „Modrzejówki”, żeby podliczyć kasę i trochę odpocząć. Potem ruszył dalej, w stronę Czarnej Wsi.
Kiedy późnym popołudniem ciągnął swój wózek przez opustoszały targ jarzynny, usłyszał jak przy wozie z ogórkami i kapustą, koń, podnosząc łeb z nad wiaderka obroku, powiedział do drugiego konia
– Spójrz Georg na tę chabetę! Niedługo pójdzie do rzeźni.
Wtedy zrozumiał, że już nie należy do tego świata.
komentarze (0) skomentuj